poniedziałek, 20 grudnia 2010

Libertarianizm: Kolejna bzdurna ideologia


Wielu z nas, czytając wypowiedzi takich polityków jak Janusz Korwin-Mikke, doznaje refleksji: "Biedny pan. Ciekawe, czy ja dostanę demencji na starość i będę bełkotał jakieś bzdury". Czasem jednak, z czystej ciekawości, zaczynamy zastanawiać się, skąd bierze się graniczące z błedem statystycznym poparcie dla Mikkego i jego opartej na ciężkim niedotlenieniu płatów czołowych ideologii. Nie główcie się dłużej! Tą pozornie niewyjaśnialną zagadkę wyjaśni dla was wasz nikczemny komentator.

Otoż istnieje cały nurt ideologii politycznej zwany libertarianizmem, w Polsce często nazywany po prostu liberalizmem. Nurt ten został rozpoczęty przez anonimowego przedszkolaka z USA, który założenia swojej ideologii ustalał we współpracy ze swoim pluszowym misiem. Libertarianizm jest najbardziej popularny wśród 13-letnich chłopców, wysysających fundusze ze swoich biednych rodziców studentów pierwszego roku oraz kretynów, którym nie wypalił interes bo się do tego nie nadają, ale ich ego nie pozwala im tego zauważyć i obwiniają państwo.

Libertarianie wierzą, że udział rządu w życiu społecznym powinien być minimalny. Wierzą również, że drogi i inne elementy infrastruktury cywilizacyjnej to fenomeny przyrody, powstające w wyniku wstrząsów sejsmicznych.  W idealnym, libertariańskim raju każdy może uprawiać sodomię z bezpańskim psem, blokując przejście dla pieszych, pożywiając się w przerwach atrakcyjnymi cenowo produktami spożywczymi nieskażonymi przez wstrętne instytucje publiczne, takie jak SANEPID. W libertariańskim raju, nie istnieją te wszysktie okrutne, ograniczające naszą wolność rządowe instytucje zajmujące się badaniem czystości wody kanalizacyjnej albo bezczelnie wymuszające na firmach farmaceutycznych, żeby sprzedawały leki, które faktycznie pomagają pacjentom. 

Większość libertarian zaczyna jako rozwydrzone nastolatki z klasy średniej, o mózgach w możliwościach których nie leży uświadomienie sobie, że nie każdy na świecie jest rozwydrzonym smarkaczem pasożytującym na swoich rodzicach. Młody kandytat na skrajnego liberała zwykle zadaje sobie dwa zasadnicze pytania:
  • Czy istnieje jakaś oparta na sofizmatach ideologia polityczna, która pozwoli mi usprawiedliwić to, że jestem rozwydrzonym,  egoistycznym ciulem?
  • Jak uzasadnić to, że jestem lepszy od ludzi, których nie stać na te same studia co mnie i nazwać ich mało produktywnymi i niezaradnymi, jednocześnie samemu nie pracując, bo kieszonkowe od tatusia całkowicie wystarcza na moje wybujane potrzeby?
Wtedy wkracza liberalizm, ze swoją głębią emocjonalną dwuletniego bachora wyrywającego innym zabawki i ryczącego "moje!". To nie pieniądze rodziców, lepsze szkoły, nowsze podręczniki, wyższy standard odżywiania, cywilizowani sąsiedzi, szybki internet i komfort psychiczny we własnym pokoiku na pięterku w ciepełku centralnego ogrzewania. To ty, drogi liberale, sam doszedłeś do wszystkiego. To ty jesteś odpowiedzialny za sukces, który udało ci się osiągnąć bez niczyjej pomocy. "Jeżeli ktoś ma gorzej, to znaczy, że nie pracował wystarczająco ciężko" - tym sofizmatem od teraz możesz wymachiwać w dyskursie publicznym, tak jak wymachujesz sobie przed lustrem swoim uwiędłym fiutkiem. Nie powinno być żadnych praw, a jeśli już, to powinny bronić jedynie ciebie. 

Idź, i głoś swoją prawdę w internecie! Nie bój się, gdy przeciętnie inteligentny, zwykły przechodzień zbije twoje argumenty w jednym, oczywistym stwierdzeniu. Nazwij go lewakiem, pasożytem lub nierobem! To od razu mu udowodni twoje prawo do osądzania całego świata mimo bycia synalkiem producenta kartofli na zabitym dechami zadupiu w najbardziej zaściankowym kraju Europy. Idź bronić interesów korporacji.

Bo przecież jesteś wyjątkowy. Mamusia ci to powiedziała. Przecież nie okłamała by własnego dziecka?

sobota, 18 grudnia 2010

Gazeta Wyborcza zawzięcie broni gwałciciela


"Nowe elementy w zagadce gwałtu z Exeter!" - Ten grafomański tytuł zapowiada najnowszą rewelację Gazety Wyborczej. Cóż to za tajemnicza sprawa, przywołująca skojarzenia z twórczością Agathy Christie?

To szokujące wiadomości z ostatniej chwili! Czyli z 2006. Bohaterski żurnalista Bogdan Wróblewski nareszcie zakończył szczegółowe śledztwo dziennikarskie polegające na przeczytaniu kilku stron wydanych przez angielski sąd materiałów prasowych. Teraz, po 4 latach wpatrywania się w dwie kartki papieru, redaktor Wróblewski za pomocą swojego obnażającego prawdę pióra raz na zawsze zmieni świat w którym żyjemy.

Jakub Tomczak, który w 2006 zakatował i zgwałcił 48-letnią kobietę jest zdaniem Gazety Wyborczej niewinnym pacholęciem, napiętnowanym przez wstrętny spisek polakożerców. Sterujący swoimi intrygami z tajnej bazy na dnie Rowu Mariańskiego, spiskowcy manipulują rządami i systemami sprawiedliwości na całym świecie w celu jak największego przysrania  Polakom, gdziekolwiek by się znaleźli.
 
"Oskarżenie oparte było na kilku poszlakach i jednym mocnym dowodzie." - sprytnie zbija argumenty przemiawiające za winą Tomczaka redaktor Wróblewski. Co to za wyrok, który wydaje się na podstawie zaledwie jednego mocnego dowodu? Mocnych dowodów powinno być co najmniej 10. Tym bardziej, jeżeli jest to dowód tak słaby jak obecność spermy oskarżonego w ciele ofiary. 

Wiadomo, przecież, ze sperma ma tendencję do rozlewania się gdzie popadnie. Spermę redaktora Wróblewskiego można prawdopodobnie znaleźć w wielu niespodziewanych miejscach: pod łóżkiem, na monitorze, kaloryferze, jego psie, pościeli. Czy to znaczy, że można go skazać za gwałt? Oczywiście, że nie. Dziękujemy, Panie redaktorze, za bohaterską obronę naszego prawa do składowania spermy w ciałach pobitych kobiet i nie tylko. Czy można skazać za morderstwo tylko dlatego, że znaleziono narzędzie zbrodni z krwią ofiary i odciskami palców oskarżonego? Oczywiście, że można i to właśnie musimy zmienić!

Głównym nowodkrytym przez Wróblewskiego dowodem jest fakt, że Dr Imraan Jhetam (jak widać już po samym nazwisku - rdzenny Brytyjczyk zionący nienawiścią wobec wszelkich imigrantów) - mógł pobrać wymaz z pochwy hospitalizowanej wtedy ofiary gwałtu w ciągu aż dwóch dni po zajściu! Jak można oskarżać  Tomczaka o gwałt popełniony 23 lipca, kiedy nie ma dowodów, żeby zaprzeczyć temu, że jego sperma znalazła się w ciele poszkodowanej dopiero dwa dni później? Chcemy prawa do wlewania nasienia tam, gdzie mamy ochotę. Dziękujemy GW!

Artykuł porusza też kwestię samego badania DNA,  w którym jeden szczegół, tendencyjnie zrzucony na błąd komputera, różnił się w próbce pobranej z pochwy i od oskarżonego. Światowej sławy adwokat z ponad 3- letnim doświadczeniem w województwie wielkopolskim, mecenas Mariusz Paplaczyk służnie zauważa, że nie można wykluczyć obecności drugiego człowieka, o tej samej porze w tym samym miejscu i o identycznym oprócz jednego szczegółu DNA.
 
Te twarde dowody miały być rzekomo wspierane przez poszlaki, tak niejasne jak na przykład nagranie z kamery monitoringu, na którym Tomczak idzie za ofiarą a potem wychodzi z zaułka z jej torebką w ręku. Być może widząc gwałconą przez swojego złego brata bliźniaka ze zmutowanym genem kobietę, ten uroczy młodzieniec chciał jej po prostu ulżyć, przytrzymując torebkę. "Ja w poniedziałek składam prośbę do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta o wstrzymanie wykonania kary. Prosimy też, żeby prokurator Seremet poparł naszą prośbę do prezydenta o ułaskawienie." - zapowiada mecenas Paplaczyk.

Redaktor Wróblewski, kierowany poczuciem misji wyznaczonym przez GW, zaznacza jakie siły polityczne stały za brakiem współczucia wobec Tomczaka, tego biednego, niewinnego pacholęcia: "Lech Kaczyński pytany o to w 2008 r. odpowiedział: - Gwałcicieli raczej nie ułaskawiam." No to wszystko jasne! Po tym szokującym artykule, Prezydentowi na pewno jest teraz wstyd teraz z za grobu, że nie zmienił swojej postawy i nie zaczął ułaskawiać gwałcicieli.

Teraz już wiemy, że kiedy GW okarżała Juliana Assange o gwałt, to nie był atak, tylko zapowiedź poparcia.  

Ofiara gwałtu nigdy nie odzyskała zdrowia. Zmarła w kwietniu tego roku.

wtorek, 14 grudnia 2010

Sprawa skradzionego zęba: Assange torturowany?


Jak donosi Guardian, po niedzielnej wizycie w zakładzie penitencjarnym Wandsworth, prawnik Juliana Assange, Mark Stephens, oskarża brytyjski wymiar sprawiedliwości i władze więzienia o prześladowanie. Według Stephensa, jego klient jest trzymany w warunkach zdecydowanie gorszych niż w poprzednim tygodniu.

Twórca Wikileaks jest zamknięty w jednoosobowej celi, poza którą spędza zaledwie pół godziny dziennie. Jest pozbawiony kontaktu z innymi więźniami, dostępu do biblioteki, telewizji oraz prasy. Wszelka korespondencja z zewnątrz jest cenzurowana do granic absurdu. "TIME przesłał mu w prezencie egzemplarz numeru z jego twarzą na okładce, a oni to ocenzurowali nawet nie przez wyrwanie okładki, ale zniszczyli cały magazyn" - powiedział Stephens. Większość listów z zewnątrz prawdopodobnie nigdy nie trafiła w ręce aresztowanego. Assange uskarża się również na 24-godzinny monitoring celi.

Zastanawiająca jest kwestia tytułowego skradzionego zęba. Assange narzekał podczas wizyty prawnika, że jego ząb, który "złamał się podczas jedzenia" został skradziony z celi. Nie trzeba mieć dyplomu stomatologa, żeby wiedzieć, że pękające podczas jedzenia zęby to nie jest pospolita przypadłość dotykająca nas na codzień. Wyjaśnienia są dwa: Albo Assange powinien stanowczo zrewidować nawyki związane z higieną jamy ustnej, albo ktoś mu mniej lub bardziej subtelnie "pomógł" pozbyć się części uzębienia.

Reżyser Ken Loach, dziennikarz John Pilger oraz dziennikarka-aktywistka Jemima Khan jak na razie zaoferowali £180,000 na rzecz kaucji dla twórcy Wikileaks. W niedzielę wieczorem, schronienie i pomoc zaoferował mu dokumentalista Michael Moore. Do Londynu przybyła też matka Julliana Assange, które chce być obecna na dzisiejszym odczytaniu decyzji brytyjskiego sądu w sprawie aresztowania. Po świecie natomiast przelała się dziś fala demonstracji dla wsparcia Wikileaks.

Jak na razie, rząd USA sam zaszkodził sobie swoją niedojrzałą paniką bardziej niż przecieki opublikowane przez Wikileaks. Głupio byłoby ryzykować większą kompromitację, gdy hasło do pliku insurance.aes256 zostanie ujawnione.

Tymczasem, anonimowe, ale jak dotąd niezawodne źródło twierdzi, że szykuje się fala międzynarodowych aresztowań internautów biorących udział w Operation Payback. Polskie media będą opisywać zatrzymane dzieciaki, które zainstalowały LOICa jako "groźnych hakerów używających butnetów" (autentyczny cytat z tvn24).

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Korea Północna zapowiada atak nuklearny

Nareszcie coś się ruszyło! - odetchnęli z ulgą zwolennicy teorii spiskowych, wyznawcy Baby Wangi oraz księża z niepokojem czekający na koniec świata, podczas którego Bóg ma podobno ostatecznie znieść celibat.

W przytoczonym przez Associated Press komentarzu Centralnej Agencji Informacyjnej KRLD wspólne manewry wojsk USA i Korei Południowej określone zostały jako "zdrada, która powiększa napięcie pomiędzy północą i południem oraz sprowadzi na Pólwysep Koreański czarne chmury wojny nuklearnej". Dopiero w zeszły piątek Kim zapowiadał "umacnianie" potencjału nuklearnego Korei, dwa dni później już zamierza go użyć.

Zaostrzanie się stanowiska Kima, które weszło obecnie w fazę grożenia wojną atomową, ciągnie się od czasu gdy jego listopadowa prowokacja zbrojna została całkowicie przyćmiona w mediach przez informacje ujawnione na Wikileaks. "Ukochany Przywódca", jak pod groźbą więzienia należy go nazywać w KRLD, wychodzi ze skóry, żeby zwrócić na siebie uwagę, ale moment, który sobie wybrał, okazał się najgorszym z możliwych.

USA oczywiście nie zamierza reagować. Gwoli przypomnienia, inwazja na Irak usprawiedliwiana była rzekomym posiadaniem przez Saddama Husajna niewielkich ilości broni chemicznej, czemu on sam zaprzeczał. Teraz inny dyktator otwarcie zapowiada ataki z użyciem broni atomowej, ale nikt w tej sprawie nie zamierza ruszyć palcem. W Korei nie ma ropy. Na co byłyby lukratywne rządowe kontrakty w takiej wojnie? Na wydobycie marmuru z pomników? Bardziej przezorni Koreańczycy powoli zaczynają kopać schrony.

Całą sytuację najlepiej komentuje zawsze aktualny protest-song Kima:

czwartek, 9 grudnia 2010

Julian Assange nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla... przez Rosję


Rosyjskie władze uważają, że Julian Assange powinien dostać Pokojową Nagrodę Nobla - podała agencja RIA Novosti, powołując się na anonimowe źródło na Kremlu.

"Zarówno rządowe jak i pozarządowe organizacje powinny zastanowić się nad tym, jak mu pomóc. Być może uda się przyznać mu Nobla". - sugerował informator agencji.

Russian International News Agency (po rosyjsku: Российское агентство международных новостей - РИА Новости) jest państwową agencją informacyjną, której rządowe przecieki są zwykle subtelną formą przekazywania publicznych deklaracji Kremla. 

Lobbowanie na rzecz Assange'a przez Rosję jest prowokacją wobec Stanów Zjednoczonych. W Rosji funkcjonuje plotka, jakoby przyznanie Barrackowi Obamie  Pokojowej Nagrody Nobla "za oddychanie" w 2009 roku, było efektem manipulacji ze strony USA, które ma co najmniej jednego "swojego człowieka" w komitecie.

Najzabawniejsze w całej sytuacji jest to, że "kraj wolności", Stany Zjednoczone, żąda aresztowania bojownika o wolność słowa, podczas gdy "autorytarne państwo mafijne", Rosja, chce mu przyznać nagrodę za wybitne osiągnięcia na rzecz światowego pokoju.

Assange prowadzi również w internetowym głosowaniu na człowieka roku magazynu TIME. Dużą zasługę mają w tym oczywiście stali uczestnicy wszystkich kontrowersyjnych głosowań internetowych z 4chan, ytmnd i ebaumsworld, o niebagatelnych osiągnięciach w przeszłości.

wtorek, 7 grudnia 2010

Szczegóły oskarżenia Juliana Assange: To nie był gwałt

Ponieważ w polskich mediach newsy piszą najwyraźniej pijane orangutany z ciężkimi obrażeniami czaszki, dla których dokumentacja i czytanie ze zrozumieniem to czarna magia, dla ciekawskich zamieszczam szczegóły oskarżenia wobec Juliana Assange. Tłumaczą one między innymi, dlaczego twórca Wikileaks dobrowolnie oddał się w ręce policji.

Po pierwsze, list gończy nie został wydany za gwałt, ale za "inne przestępstwo na tle seksualnym". Przestępstwem, o które oskarżany jest Assange jest odbycie stosunku płciowego bez użycia prezerwatywy, na co druga strona nie wyraziła zgody, jednocześnie zgadzając się na sam akt seksualny.

Po drugie, Anna Ardin, pierwsza z poszkodowanych, zaraz po odbyciu stosunku z Julianem Assange, wydała w swoim domu przyjęcie na jego cześć. O wydarzeniu komunikowała na swoim twitterze, pisząc: "Jestem tu z najfajnieszym i najmądrzejszym człowiekiem na ziemi". Twitter Ardin jest dostępny dla wszystkich, którzy mają ochotę go zobaczyć, mimo podejmowanych przez nią kilkukrotnych prób usunięcia kompromitujących oskarżenia wpisów jest obecnie (7 grudnia 2010 23:08 CET)  niedostępny.

Z powodu braku możliwości usunięcia kompromitujących stronę oskarżającą wpisów, ogromnej liczby internautów szturmujących dzisiaj kanał oraz groźby wykorzystania ich w procesie przez adwokatów Julliana Assange, Ardin, za radą swojego prawnika, zablokowała dostęp.


Po trzecie, sms-owa korespondecja pomiędzy obiema oskarżającymi zawiera dowody na ustalanie zeznań oraz plan skontaktowania się najpierw ze szwedzką gazetą Expressen, a dopiero później z policją. Miało by to służyć rozkręceniu jak największego skandalu bez ryzyka bycia oskarżonym o składanie fałszywych zeznań.

Po czwarte, Anna Ardin jest aktywną działaczką wspomaganego pieniędzmi z USA stowarzyszenia "Anti-Castro". Nie jest to żaden dowód, ale interesująca poszlaka, biorąc pod uwagę kontekst oskarżenia.

Jeżeli chodzi o sam incydent, do którego doszło pomiędzy Anną Ardin a Julianem Assange, to według bieżących dowodów oskarżenia przebiegał on następująco:
  1. Julian Assange i Anna Ardin podjęli decyzję o odbyciu stosunku płciowego.
  2. Ardin zażądała użycia prezerwatywy, Assange odmówił odbycia stosunku.
  3. Ardin kilkukrotnie powtarzała prośbę o użycie prezerwatywy, Assange konsekwentnie odmawiał.
  4. Ardin zgodziła się na odbycie stosunku bez użycia prezerwatywy, doszło do stosunku.
  5. Ardin uważa, że Assange wykorzystał jej chwilową słabość.
Druga poszkodowana, Sophia Wilén poznała Assange'a dwa dni później, na przyjęciu zorganizowanym na jego cześć przez Annę Ardin w jej własnym domu. Z sms-ów z telefonu Wilén wynika, że uważała go za "bohatera". Do stosunku doszło prawdopodobnie na łóżku należącym do Ardin. Całe zdarzenie miało następujący przebieg:
  1. Julian Assange i Sophia Wilén podjęli decyzję o odbyciu stosunku płciowego.
  2. Podczas stosunku pękła prezerwatywa, której używali.
  3. Wilén twierdzi, że wiedziała, że doszło do uszkodzenia prezerwatywy, ale nie zażądała przerwania stosunku.
  4. Assange nie przerwał stosunku i doszło do ejakulacji wewnątrz pochwy Wilén.
Wynika z tego, że Assange jest dupkiem, który wykorzystując sławę przeleciał dwie kobiety w ciągu trzech dni. Jest dwulicowy i nie miał problemu z tym, żeby przelecieć koleżankę kobiety, z którą spał dwa dni temu i która gościła go w swoim domu. Jest nieodpowiedzialny, bo nie przerwał stosunku z obcą osobą po tym, jak pękła prezerwatywa, nie wykonał badań na obecność wirusa HIV i nie poinformował żadnej z kobiet o stanie swojego zdrowia.

Ale nie jest gwałcicielem, nie jest oskarżony o gwałt, a informacje dotyczące oskarżenia wcale nie są tajne i można dotrzeć do nich czytając depesze agencji prasowych.

Listę mirrów Wikileaks, którego oficjalna witryna wciąż jest blokowana, znajdziecie w tym poście.

A teraz, na poprawę nastroju, zapraszam do pośmiania się z dezinformacji w polskiej prasie.



poniedziałek, 6 grudnia 2010

Krzysztof Kolumb Polakiem!


Krzysztof Kolumb jest Polakiem! Tym razem nie jest to kolejna rewelacja typowego polskiego docenta hobbisty-filatelisty z Koluszek, ale teza szanowanego historyka z uniwersytetu Duke - Manuela Rosy. Co więcej, Dr Rosa popiera ją zbieranym przez 20 lat materiałem dowodowym a jego pracy przyklaskują autorytety naukowe z całego świata.


Krzysztof Kolumbowicz, zamiast synem tkacza z Genoi, był według Manuela Rosy synem Władysława Warneńczyka. Królewskie pochodzenie miało by po części wyjaśniać, jak Krzysiowi udało się przekonać Króla Hiszpanii do sfinansowania jego słynnej wyprawy.

Polskie pochodzenie Kolumba wyjaśnia też, w jaki sposób udało mu się dotrzeć w miejsce oddalone o 25 000 kilometrów od planowanego celu, dwukrotnie przekroczyć budżet wyprawy i mimo kilkukrotnych wypraw na Karaiby wciąż myśleć, że ich rdzenni mieszkańcy to Hindusi.

Manuel Rosa pragnie pozyskać z krypty na Wawelu próbki DNA Jagiellonów, aby ostatecznie potwierdzić swoją tezę. Polski IPN nie ma nic przeciwko, ale jak słusznie zauważa, Jagielloni są obecnie passe i w zamian proponuje próbki DNA prezydenta Kaczyńskiego - który również spoczywa na Wawelu, jest w przeciwieństwie do litewskich Jagiellonów prawdziwym Polakiem, a jego ciało to obecnie najbardziej rozchwytywane zwłoki w kraju.

Naród ponad wszystko: Polacy wysysają antysemityzm razem z pasteryzowanym mlekiem z Biedronki

Znowu ukazała się książka Grossa i znów z przeżartych alkoholem okrężnic antysemitów polała się krew. Nowa książka nosi tytuł  "Złot...